Przejdź do treści
Wróć do bloga
Życie wewnętrzne ··Aleksandra Wołczyk

Nie ma jednego dobrego rozwiązania — jest Twoje

Nie ma jednego dobrego rozwiązania — jest Twoje

Każdy klient, który do nas przychodzi, wie coś na pewno. Że lodówka w mieszkaniu musi być duża. Że podłoga w domu musi być jasna. Że szafki w kuchni tylko szerokie. Albo wąskie. Albo że wcale ma ich nie być. I każdy z nich ma rację.


Każdy wie, jak powinno być

Łóżko musi stać naprzeciwko drzwi. Albo naprzeciwko okna. Albo przy grzejniku, bo miło i ciepło. Albo nigdy przy grzejniku, bo za gorąco.

Szerokość przejścia w kuchni powinna być jak najmniejsza — bo wszystko na wyciągnięcie ręki. Albo jak największa — bo muszą się zmieścić dwie osoby. Lodówka sześćdziesiątka — bo po co większa. Albo jak lodówka to tylko wielkości szafy — bo zapasy, gotowanie codziennie. Zmywarka? Tylko jedna. Nie - oczywiście ze dwie.

Podłoga jasna — bo rozjaśnia. Ciemna — bo przytulnie. Błyszcząca — bo łatwiej czyścić. Matowa — bo łatwiej czyścić.

Przez 24 lata projektowania wnętrz słyszałam każdą z tych wersji. I każda była wypowiedziana z takim samym przekonaniem — jakby istniała jedna jedyna zasada, obowiązująca wszystkich. Takich przykładów mogłabym podać setki.

Nie istnieje jedna zasada. Istnieją ludzie, z których każdy ma swoje doświadczenia, swoje przyzwyczajenia i swój sposób funkcjonowania w domu. Ktoś, kto dziesięć lat mieszkał z ciemną podłogą, na której widać każdą smugę, ma prawo powiedzieć: nigdy więcej. Ktoś inny, kto miał jasne panele i nie mógł znieść tego, jak zimno wyglądał salon, ma prawo do odwrotnej opinii.

Każdy klient przychodzi z zestawem przekonań, które uważa za uniwersalne. A ja — po tych 24 latach — patrzę na te przekonania jak na zestaw potrzeb konkretnego człowieka.

Ale nie zawsze tak patrzyłam.


Jak mi powiedziano, że się mylę

Na samym początku pracy miałam rozmowę ze znajomymi — znacznie starszymi, doświadczonymi, takimi, którzy sami kiedyś korzystali z usług architekta. Powiedziałam im mniej więcej to, co piszę tutaj: że moją rolą jest dowiedzieć się, czego klient chce, i to zaprojektować.

Zareagowali ostro. Że to oburzające. Że rolą architekta jest proponować rozwiązania i narzucać je. Że klient przychodzi po wizję. Jakby wnętrza, w których będzie żył miały być instalacją. Dziełem sztuki, do którego nie pasuje ukochany różowy koc z wygryzionym rogiem i dres z rozciągniętymi kolanami i dziurą na tyłku.

Wzięłam to sobie do serca. Byłam początkującą architektką, oni mieli doświadczenie — uznałam, że mają rację.

Stałam się waleczna. Jakby moja praca była wyłącznie twórczością, nie usługą użytkową, jak przeczuwałam na początku. Zwracałam ogromną uwagę na każdy detal, na relacje przestrzenne, na relacje estetyczne, na niuanse kolorystyczne.

Pilnowałam, żeby wszystko do siebie pasowało, żeby nic nie było przypadkowe, żeby projekt był spójny od klamki po kolor fugi. Walczyłam z klientami i wykonawcacmi. Wisiałam godzinami na telefonie, stałam nad wykonawcami doprowadzając wszystkich do obłędu. Pilnowałam. Dbałam. Nie odpuszczałam.

Efekt pojawił się szybko. Moje wnętrza trafiały do wnętrzarskich gazet, ludzie chcieli zamawiać moje projekty. Dopracowane detale stanowią przecież o tym, czy wnętrze jest harmonijne.

Tylko czy to jest najważniejsze?

Po dwudziestu latach wróciłam do źródeł. Do tego, co czułam na początku, zanim ktoś mi powiedział, że to złe podejście.


Klienci kiedyś i dziś

Dwadzieścia cztery lata temu, kiedy zaczynałam, korzystanie z architekta wnętrz prywatnie było rzadkością. Rodzajem luksusu. Coś, czym ludzie się chwalili — bo nie robił tego każdy. Architektów było mniej, usługi były drogie, a klienci często nie do końca wiedzieli, czego chcą.

Dziś jest zupełnie inaczej.

Ludzie widzą tysiące obrazków — na Instagramie, na Pintereście, w reklamach. Wiedzą, co im się podoba. Mają screenshoty, tablice inspiracji, foldery na telefonie pełne zdjęć. Zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo przestrzeń wokół nich wpływa na samopoczucie, na energię, na chęć działania. Świadomość potrzeby dobrego wnętrza jest dziś nieporównywalnie większa niż na początku mojej kariery.

Ale między „wiem, co mi się podoba" a „umiem to sobie poskładać" jest przepaść.

Klienci widzą rozwiązania, które im się podobają — na Pintereście, w internecie, u kogoś w domu. Wiedzą, czego chcą. Ale nie potrafią tego przełożyć na swoje 52 metry kwadratowe, na swój układ ścian, na swoje okna zwrócone na północ i grzejnik pod oknem.

I od tego jesteśmy my — żeby się dowiedzieć, w jakiej przestrzeni ci coraz bardziej świadomi ludzie będą się czuli dobrze.


Intymna współpraca

Bo projektujemy czyjąś prywatną przestrzeń. To nie jest biuro ani hotel — to dom. Miejsce, w którym ktoś chodzi boso, kłóci się, płacze, gotuje obiad w piżamie i zasypia z książką na brzuchu.

Żeby zaprojektować taką przestrzeń dobrze, trzeba zadać pytania, których normalnie nie zadaje się obcym ludziom. Ile osób śpi w tym łóżku. Kto wchodzi do łazienki jako pierwszy rano. Czy gotujesz codziennie, czy otwierasz pudełka i jesz przez telewizorem. Czy pracujesz z domu i potrzebujesz ciszy, czy poza domem i potrzebujesz, żeby dom był pełen życia.

To jest bardzo intymna współpraca. I dlatego tak ważne jest, żeby architekt słuchał — nie z grzeczności, ale z prawdziwą ciekawością. Bo odpowiedzi na te pytania definiują projekt. Nie trendy, nie Pinterest, nie portfolio architekta. Odpowiedzi konkretnych ludzi na konkretne pytania o to, jak chcą żyć.


Co naprawdę robię, kiedy słucham

Kiedy klient mówi „podłoga musi być jasna" — nie słyszę zasady. Słyszę kogoś, kto potrzebuje, żeby w domu było dużo światła. I szukam, skąd to się bierze. Może mieszka od północy. Może przez lata miał ciemne mieszkanie i marzenie o zmianie jest silniejsze niż względy praktyczne. Może po prostu lubi jasne przestrzenie — i nie potrzebuje do tego żadnego uzasadnienia.

Kiedy ktoś mówi „lodówka musi być duża" — nie słyszę rozmiaru sprzętu AGD. Słyszę kogoś, kto gotuje, zaprasza ludzi, robi zakupy na tydzień. Albo kogoś, kto nie znosi chodzenia do sklepu.

To jest praca architekta wnętrz: nie dyskutować z przekonaniami klienta, tylko zrozumieć, co za nimi stoi. Oddzielić preferencję od potrzeby, ale zaprojektować tak, żeby obie zostały spełnione.


Cudze mieszkanie, cudze błędy

Oglądamy cudze domy. Na Instagramie, na Pintereście, u znajomych. I oceniamy.

Dlaczego łóżko stoi tak blisko ściany? Po co ta szafa w takim kolorze? Kto wybiera takie płytki? Przecież ta kuchnia jest za ciemna. Przecież ten salon jest za jasny. Architekt chyba nie wiedział, co robi. Klient chyba nie miał gustu.

Znam to uczucie. Każdy je zna. Ale po 24 latach pracy — i po ponad 3000 zaprojektowanych wnętrz — wiem jedno: to, co wygląda jak błąd, jest najczęściej czyimś świadomym wyborem.

Łóżko stoi blisko ściany, bo ta osoba śpi sama i woli mieć dużo miejsca po drugiej stronie. Szafa jest ciemna, bo klient chciał, żeby znikała na tle ściany. Płytki są takie, a nie inne, bo ktoś je kocha — i nie musi się z tego tłumaczyć.

Przyjmuję ze spokojem krytyczne uwagi na temat rozwiązań z naszych projektów. Wiem, że nie wszystkie muszą się podobać wszystkim. Bo nie do wszystkich były projektowane. Każdy z tych projektów spełnia potrzeby ludzi, którzy go u nas zamówili — i to jest jedyne kryterium, które ma znaczenie.


Architekt, który projektuje dla siebie

Zdarza się, że architekt ma mocną wizję. Spójny styl, wyraziste portfolio, rozpoznawalny charakter. To jest wartość — ale tylko wtedy, kiedy klient świadomie po tę wizję sięga. Mówi: „chcę mieszkanie w twoim stylu, zrób to po swojemu".

Dużo częściej jest inaczej. Klient ma swoje przyzwyczajenia, swoje potrzeby, swój sposób funkcjonowania w domu. I architekt, który tego nie słucha — który projektuje tak, jak sam by chciał mieszkać — nie wykonuje swojej pracy. Realizuje swoją fantazję w cudzym życiu.

Dobry architekt wnętrz projektuje wyłącznie dla swojego klienta. Nie dla Instagrama. Nie dla portfolio. Nie dla jury konkursu. Dla człowieka, który będzie w tym wnętrzu gotował, spał, wracał po pracy, kłócił się z partnerem, bawił się z dziećmi, chorował, odpoczywał i — jeśli wszystko pójdzie dobrze — czuł się w domu.


Co z tego wynika dla projektowania

Jako architekt sygnujący projekty własnym nazwiskiem mam swój charakterystyczny styl — widać go w portfolio.

Projekty, które wychodzą spod mojej ręki są "moje", ale przecież nie tylko. Za każdym stoi Klient, który włożył w projekt tyle samo pracy co ja. Tylko innej.

BunnyFeelsHome powstało po to, by współpraca z architektem była dostępna, zdefiniowana i zorganizowana. To już nie jest - jak bywało przed laty - kreatywny i nieprzewidywalny proces twórczy. To usługa spełniająca określoną potrzebę naszych Klientów.

Pracują ze mną profesjonalni architekci wnętrz, którzy potrafią zaprojektować dobre wnętrze w każdym stylu. Podstawą jest zawsze to samo: jasno zdefiniowane oczekiwania Klienta.

Dlatego mamy proces — rozmowę, ankietę, pytania, kolejne pytania — który służy jednemu celowi: dowiedzieć się, kim jest osoba po drugiej stronie. Jak żyje. Czego potrzebuje. Co ją drażni. Co sprawia, że czuje się dobrze.

Czasem to oznacza jasną podłogę i dużą lodówkę. Czasem ciemną podłogę i lodówkę, której prawie nie widać. Czasem łóżko naprzeciwko okna. Czasem łóżko w kącie, pod ścianą, z kocem do samej ziemi.

Żadna z tych wersji nie jest lepsza. Każda jest dobra — jeśli jest Twoja.


Masz wnętrze, które chcesz zmienić? Napisz do nas — projekt zaczyna się od Twojej decyzji.